Vogue, wołga i w ogóle


Debiutuje polska edycja Vogue’a. Wreszcie przesączony komercją Zachód czegoś się od nas może nauczyć.

Gdy poszedłem kupić „Vogue Polska”, facet w lekko zdezelowanym kiosku długo szukał go na półce.

– Takie dla kobiet, wie pan, pewnie obok kolorowych pism będzie – podpowiedziałem.

– Nie kojarzę wogle czegoś takiego – mruczał kioskarz pod nosem.

– Szara okładka – mówię. – Dwie kobity, czarna wołga i Pałac Kultury w tle – facet też pewnie wzrokowiec, więc pomyślałem, że po obrazku załapie. Ale nie. Wypalił za to jakby z innej bajki:

– Ja to na popołudnie jestem…

– A to przepraszam – skłoniłem się i już miałem wyjść z kiosku. Ale ciekawość zwyciężyła i zapytałem jeszcze: – Po południu już Vogue’a nie ma?

– Nie w tym rzecz – włączył się do rozmowy towarzysz kioskarza. – Tylko gazety układa facetka z rannej zmiany, dlatego kolega nie wie, czy to co pan chce, gdzieś jest, czy wogle nie ma.

– Aha – olśniło mnie. Pożegnałem kioskarza i jego towarzysza. Wychodząc z kiosku usłyszałem: „To jeszcze po jednym?”, a przez zamykające się za mną drzwi dotarł do mnie stuk kieliszków.

Gazetę kupiłem od uśmiechniętej pani w pobliskim rozświetlonym saloniku prasowym. I wsiadłem z nią do tramwaju. To znaczy z gazetą, a nie z panią. Bo pani zupełnie innej zamierzałem pismo wręczyć. Żeby miała ten pierwszy numer dla potomnych, tak jak i ja dla wnuków trzymam pierwszy numer „Gazety Wyborczej” z 1989 r. z Lechem Wałęsą na jedynce  i kilkoma dosłownie tekstami na szarych ośmiu stronicach.

A zanim ją sprezentowałem, przekartkowałem te czterysta bez mała stron. Przejrzałem co poniektóre obrazki, pomijając, jak to mam w zwyczaju, reklamy. Chciałem sobie bowiem wyrobić opinię na temat tej publikacji. Czasu za wiele nie było, bo tylko kilka przystanków tramwajem, ale myślę, że wystarczająco, bym zdołał się wpisać w dominujący styl wypowiedzi eksperckich i zdolność błyskawicznej oceny, która stała się dziś standardem nie tylko w mediach dla niepoznaki zwanych społecznościowymi.

Dlatego też: nie znam się, więc się wypowiem. Mnie się podoba!

Debiut polskiego „Vogue’a” mam za bardzo udany.

Sądząc po okładce – pismo  redefiniuje kanony piękna, podejmuje ironiczną grę z historią, dyskretnie nakłuwa rozdęty balon modowego zadęcia i na dodatek pokazuje nadgniłemu od dobrobytu Zachodowi, że Polacy (a zwłaszcza Polki!) – nie gęsi. I swój „Vogue” mają!

Przetarłszy zaparowane okulary, dałem radę przełamać prozopagnozję, której umiarkowanej postaci doświadczam, od kiedy standardy piękna dyktują sesje modowe, ściankowe bohaterki branżowych eventów i dostępne w internecie video poradniczki na temat tego, jak się wyróżnić dzięki makijażowi.

W mniej umalowanej pani rozpoznałem Małgosię Belę. To bardzo fajna osoba z branży modowej, która wywiadzie dla Wyborczej mówi całkiem mądre rzeczy. „Nie wyobrażam sobie wymieniania garderoby co trzy miesiące. Przeraża mnie, że trendy tak szybko się zmieniają. (…) Lubię ubrania minimalistyczne, mało ekstrawaganckie„. Czy to nie doskonały kontrapunkt dla butnych top-modelek i ich egzaltowanych domorosłych naśladowczyń?

Druga pani – Anja Rubik – to nie tylko nasze dobro eksportowe. Ale i żywy dowód, że współczesna moda prowadzi do zaburzeń żywienia i powinna jednak budzić przynajmniej odrobinę niepokoju.

Czary duet podkreśla dla mnie solidarność kobiet. I pokazuje, że w przeciwieństwie do egocentryzmu i skrajnego indywidualizmu zachodnich okładek „Vogue’a” – w życiu liczą się relacje, a współpraca jest dla ludzi zdrowsza niż kopanie dołków pod bliźnimi.

Panie w klasycznej czerni i skromnym, zwłaszcza u Małgosi, makijażem, pozują bez kompleksów, najwyraźniej świadome, że mogą dumnie reprezentować naród, który zdążył już wstać z kolan.

Nutę ekscytacji wprowadza samochód, przy którym stoją modelki. Moje pokolenie czarną wołgę pamięta doskonale z PRL-owskich miejskich legend. Pozbawiona kierowcy i unieruchomiona – staje się grozą oswojoną, cytatem z przeszłości, który dziś jest elementem dorosłej kultury, a nie straszakiem dla niesfornych dzieci.

Wreszcie dalej majestatyczna bryła Pałacu Kultury i Nauki. Ikona architektury socrealistycznej i pierwszy komunistyczny drapacz chmur w naszym kraju. Nieodmiennie budząca niezdrowe emocje antykomunistycznych radykałów i miejskich aktywistów. Ci pierwsi najchętniej by go zburzyli, drudzy – obsadzili parkiem wokół.

„Vogue” zdaje się sugerować: taka właśnie jest Polska i nie ma się czym załamywać. To postawienie na normalność, zgoda na zwyczajność – może być dobrym sposobem na nabranie dystansu do blichtru nowinkarstwa czy uzależnienia od konsumpcji. Gdy robi to ikona branży modowej – ma u mnie szacun.

Na koniec przejrzałem jeszcze opinie z internetu. Wśród znajomych i nieznajomych z kręgów mody, reklamy, start-upów i innych przemysłów kreatywnych okładka wzbudziła duże poruszenie. Ci młodsi i bardziej „zinstagramowani” – raczej narzekają na szarość, niechlujność ujęcia, obciachowość krzywego kadru. Ci starsi i bardziej „LinkedInowi” mówią o grze z konwencją, oryginalności i fakcie, że musi coś być w tej okładce, skoro nawet oni głos na jej temat zabierają.

Hype zatem jest. A moja opinia mieści się w trendzie.

Obejrzyjcie więc okładkę, wpiszcie się w ogólny zachwyt – lub też pohejtujcie „Vogue’a” do woli.

 

 

Previous Gdańsk nareszcie bez reklam
Next Kryptoreklamą w kryptowaluty