Ustawa krajobrazowa jest jak grabie


Jeszcze przed wyborami prezydent Bronisław Komorowski podpisał tzw. ustawę krajobrazową. Narzędzie, które otrzymają samorządy, przypomina grabie. Można nimi ogarnąć najbliższe otoczenie, ale można również grabić jedynie pieniądze. A warto pamiętać, że na grabie można też nadepnąć.

xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxx

Zdjęcie: Posprzątajmy reklamy

Nowe przepisy zmieniają wiele. Samorządy wojewódzkie będą musiały przeprowadzać audyty krajobrazowe. Najważniejsze jest jednak to, że gminy otrzymują od dawna wyczekiwane narzędzia mające pozwolić uregulować to, jak w miastach wiszą reklamy.

Ograniczenia będzie można wprowadzać z pomocą uchwał, a ustawodawca przewidział solidne kary za łamanie tak określonych zasad oraz warunków. Będzie to nawet czterdziestokrotność tzw. opłaty reklamowej (tę ustalą gminy – maksymalna cena to 2,5 złotego za dzień + 20 groszy za metr kwadratowy). Kary administracyjne, sięgające 30 tys. złotych, będą mogły być nakładane wielokrotnie.

Mówiąc krótko: ustawa daje samorządom bat, który w założeniu ma zostać wykorzystany do tego, by posprzątać przestrzeń. Czy zostanie?

Posprzątajmy reklamy

Uchwalenie nowych przepisów powinno doprowadzić do zdecydowanego ograniczenia ilości reklam w przestrzeni publicznej – mówi Jan Śpiewak z warszawskiego stowarzyszenia Miasto jest Nasze, które było jednym z inicjatorów akcji Posprzątajmy Reklamy. A to jego zdaniem oznacza, że wreszcie będziemy mieć ładny kraj niezasłonięty śmietnikiem reklamowym.

To coś, o czym mówi się od dawna, bo obecne regulacje – a właściwie ich brak – powodują, że wiele polskich miast łatwo pomylić z Jarmarkiem Europa. Zmiana tego stanu rzeczy jest ważna dla wielu środowisk, a prym wiodą tutaj ruchy miejskie. Świadczy o tym reakcja na zmiany wprowadzone przez Sejm RP do pierwotnego projektu tzw. ustawy krajobrazowej.

Posłowie – jak mówili aktywiści – chcieli jej „wybić zęby”, czyli pozbawić samorządy możliwości stosowania dotkliwych sankcji. To oznaczałoby uchwalenie martwych przepisów, które wprawdzie pozwalałyby określać reguły, ale nie dawałyby szans ich wyegzekwowania.

Dlatego w ramach kampanii Posprzątajmy Reklamy przygotowano list do senatorów i poproszono zainteresowanych o jego wysyłanie. Napisano w nim m.in.: „Ku mojemu – i tysięcy innych wyborców – zdumieniu, przegłosowana przez Sejm wersja ustawy może wcale nie okazać się tak długo zapowiadaną rewolucją, faktycznie jedynie utrwalając obecny stan chaosu reklamowego”.

Licznik wysłanych listów szybko przekroczył poziom 13 tys. Najczęściej apel podpisywali warszawiacy. Swoje dołożyli krakusi. Senatorowie posłuchali tego głosu i na powrót wstawili zęby, które wybił Sejm, a presja społeczna skłoniła posłów do przyjęcia poprawek. Miejscy aktywiści uznali to za swój sukces i krok w stronę ładniejszej Polski.

Jednak nie wszystkim to rozwiązanie się podoba.

Trzy problemy

O komentarz na temat ustawy krajobrazowej i wiązanych z nią nadziei na uwolnienie kraju od śmietnika reklamowego poprosiłem Lecha Kaczonia, prezesa Izby Gospodarczej Reklamy Zewnętrznej.

Jeżeli ludziom patrzącym na krajobraz zurbanizowany i niezurbanizowany wydaje się, że wprowadzenie przepisów, które będą jedynie nakazywać i zakazywać, jest właściwą metodą, to się mylą. Nigdy w historii nakazy i zakazy nie doprowadziły do pozytywnych przykładów. Najlepsza ilustracja to prohibicja. W USA doprowadziła do układów mafijnych. W Polsce, gdzie była wódka na kartki, efektem była jej ogromna nielegalna produkcja – powiedział prezes IGRZ i dodał, że nie jest przeciwnikiem regulacji reklam. Uważa po prostu, że ta ustawa tej sprawy nie załatwi. Podobne stanowisko zajmuje zresztą cała organizacja, której Kaczoń prezesuje.

Na początku maja wystosowała ona apel do Prezydenta RP, by ten nie podpisywał nowego prawa. „W trakcie prac legislacyjnych w parlamencie wiele z tych dobrych propozycji [pierwotnego projektu prezydenckiego – przyp. T.B.] usunięto, zmodyfikowano lub zastąpiono innymi, które nie będą sprawdzać się w dzisiejszej rzeczywistości drugiej dekady XXI wieku” – pisali przedstawiciele branży i dodawali, że to: „Nie pozwoli na nowoczesne, innowacyjne i europejskie kształtowanie otaczającej nas przestrzeni”.

Czytaj również apel z końca kwietnia: IGRZ: ustawa krajobrazowa jest zła

Lech Kaczoń wymienia trzy główne słabości nowego prawa.

Po pierwsze – mówi – to samorządy będą ustalać zasady, a brakuje ogólnokrajowych standardów i trudno uwierzyć, że 2500 polskich gmin poradzi sobie z tym w sensowny sposób.

Po drugie – ustawa bardzo gmatwa sprawy podatków i opłat. Kaczoń podaje następujący przykład: – Opłatę reklamową generalnie ma płacić właściciel nieruchomości. Ale jeżeli reklama jest w pasie drogi, to de facto ponosi ją właściciel nośnika. No dobrze. Ale co z tym, że ona pomniejsza podatek od nieruchomości? Czyj podatek od nieruchomości? Właściciela jej czy nośnika? Tu jest po prostu bajzel i bałagan.

Po trzecie – pojawia się kwestia kontroli. – Skoro Straż Miejska nie radzi sobie ze źle zaparkowanymi samochodami, to jak poradzi sobie z reklamą? A mniejsze gminy w ogóle mają mieć problem ze znalezieniem metod pozwalających na taką kontrolę.

Do kompletu prezes IGRZ dodaje jeszcze jedną sprawę. Przy ustalaniu reguł oraz warunków umieszczania reklamy istotny powinien być głos mieszkańców miast.

Warunki te – zdaniem Kaczonia – należałoby ustalać na drodze trójstronnego dialogu władz samorządowych, zainteresowanych przedsiębiorców oraz mieszkańców. Tymczasem głos tych ostatnich jest w Polsce rzadko uwzględniany. – Wystarczy spojrzeć na uwagi do miejscowych planów zagospodarowania przestrzennego. 99 procent z nich nie jest uwzględniane – przypomniał.

Społeczeństwo kluczem

I tutaj w pewnym sensie Lech Kaczoń spotyka się z Janem Śpiewakiem, który na pytanie o to, czy nowe przepisy zdadzą egzamin, odpowiada: – To będzie test dla społeczeństwa obywatelskiego. Tam, gdzie ono działa lepiej, zmiany będą zachodzić. Tam, gdzie działa gorzej, wszystko będzie się rozgrywać wolniej.

Jednocześnie nie szczędzi złośliwości Izbie Gospodarczej Reklamy Zewnętrznej, która w swoim apelu do Prezydenta RP napisała o nowoczesnym i innowacyjnym kształtowaniu przestrzeni. Poproszony o komentarz do tego fragmentu apelu, mówi: – Co to znaczy „innowacyjny krajobraz”? Krajobraz jest czymś tradycyjnym. Albo jest ładny, albo brzydki. To jest jakaś nowomowa korporacyjna. Izba nie załatwiła tej sprawy w cywilizowany sposób wcześniej, przez lata petryfikowano ten stan, traktując krajobraz jak dojną krowę, i teraz ponosi konsekwencje tego zaniechania.

Z tego, co mówią obaj panowie, można wyciągnąć jeden kluczowy wniosek. O tym, jakie efekty przyniesie tzw. ustawa krajobrazowa, będzie decydować jakość samorządu oraz presja wywierana na niego przez rosnące w siłę i świadomość własnej mocy społeczeństwo obywatelskie. Zależnie od jednego i drugiego efekty mogą być bardzo różne, ponieważ prawo w takim kształcie pozwala na wykorzystanie go do osiągania jednego z dwóch sprzecznych celów: zwiększenia opodatkowania i napełniania skarbonki lub zadbania o przestrzeń.

– To, czy narzędzia są dobre, będzie zależało od lokalnych dyspozycji. Od tego, czy miasta wybiorą łatwy zarobek, czy ochronę przestrzeni, czy może zrównoważą je między sobą. Pojawiają się już takie opinie, że niektórzy pójdą w stronę łatwego zarobku i będą sprzedawać wszystko, co się da. Inni mogą sięgnąć po rozwiązania restrykcyjne. Myślę, że u nas zwycięży jakiś rozsądny kompromis – przewiduje Stanisław Podkański, architekt miasta w Katowicach.

Na to, by zobaczyć, co z nowym narzędziem zrobią samorządowi włodarze, trzeba jeszcze poczekać. I to raczej dłużej niż krócej. – Plany nie są jeszcze sprecyzowane. O kwestii uporządkowania reklam mówi się od dawna i są różne drogi ku temu prowadzące. Jedną z nich są miejscowe plany zagospodarowania przestrzennego. Natomiast jeżeli chodzi o ustawę, to najpierw musi odbyć się audyt przestrzeni publicznej, który przeprowadzi zarząd województwa. Po drugie, musi powstać uchwała rady miasta. Na razie robimy to, co możemy – stwierdza Podkański.

Według ostrożnych szacunków rzecz może zacząć działać w sześć miesięcy po tym, jak (bo „o ile” – raczej nie warto dodawać) Prezydent złoży podpis na ustawie. Niektórzy wspominają nawet o osiemnastu miesiącach.

Dopiero wtedy okaże się, czy samorządy wykorzystają to narzędzie jako grabie, którymi można ogarnąć najbliższe otoczenie, czy może raczej grabić będą jedynie pieniądze reklamodawców za pośrednictwem branży reklamowej.
Tomasz Borejza – socjolog i dziennikarz. Związany m.in. z tygodnikiem „Przegląd” i portalem Krowoderska.pl. Bloguje na www.borejza.pl.

Tekst ukazał się w Marketingu przy Kawie.

 

Previous Historyczna oferta publiczna Antygencji
Next Cisi mieszkańcy głośnej reklamy