Provo-katorzy


Choć uchodzili za europejskich protoplastów hippisów, wiele ich od nich różniło. Provosi, bo o nich mowa, jak meteor przemknęli przez miejski krajobraz Amsterdamu połowy lat 60. Dziś są niemal zupełnie zapomniani, ale bez ich wpływu w Holandii prawdopodobnie nie byłoby squotów, ścieżek rowerowych i liberalnego ustawodawstwa antynarkotykowego.

W przeciwieństwie do hippisów nie epatowali wyglądem, mniej też ekscytowali się narkotykami, choć nie stronili od marihuany czy LSD. Mieli podobnie nonszalancki stosunek do struktur i formalnych organizacji, a jednak – rzecz mało typowa dla kontrkultury – można precyzyjnie wskazać, kto i kiedy zainaugurował, a potem rozwiązał ich ruch.

Pół wieku minęło

Był maj 1965 r. Jasper Robert Grootveld, uliczny artysta, malarz i autor licznych happeningów, występował na jednym z amsterdamskich placów, zabawiając kolejnym przedstawieniem zgromadzonych wkoło niego młodych ludzi, którzy znudzeni powojenną prosperity wałęsali się bez celu po ulicach. Wśród zebranych pojawił się Roel van Dyun, student filozofii zafascynowany anarchizmem, ideami Nowej Lewicy spod znaku Herberta Marcusego i artystycznymi dokonaniami dadaistów. Rozdawał ulotki wymierzone w kapitalistyczne społeczeństwo i wzywał do powołania ruchu, który świadom beznadziei oporu przeciw systemowi, będzie potrafił z niego drwić za pomocą prowokacji, „wtykania małych szpilek w jego czułe miejsca”.

Duyn dostrzegł potencjał buntu wśród apatycznej młodzieży, ale to przystąpienie Grootvelda do ruchu przesądziło, że provosi zaczęli rosnąć w siłę. Był on już wówczas znany jako przeciwnik przemysłu tytoniowego. Sam tkwił w nałogu, ale zarazem twierdził, że papierosy dowodzą zniewolenia społeczeństwa przez rozbuchaną konsumpcję. Jego pierwsze akcje polegały na pisaniu smołą słowa „Rak!” na billboardach koncernów tytoniowych.

Jasper Robert Grootveld pisze „Rak” na reklamie tytoniu / fot. IIGS/AHF

Teraz może to brzmieć mało rewolucyjnie, bo na papierosach i ich reklamach obowiązkowo drukowane są podobne napisy, wówczas jednak było inaczej: Grootveld za swoją działalność trafił nawet na pewien czas za kratki. Po wyjściu urządził „antynikotynową świątynię”, gdzie undergroundowa bohema spotykała się, by narzekać na uzależnienie od tytoniu. Zniechęcony brakiem większego odzewu, Grootveld zarzucił mediom przemilczanie sprawy w interesie „Nico-Mafii” i … puścił cały przybytek z dymem.

Po spaleniu „świątyni” kolejne happeningi odbywały się na placu Spui. Co tydzień, w sobotni wieczór Grootveld paradował tam w przebraniu wokół statuetki ufundowanej przez koncern tytoniowy Hunter, śpiewając ku uciesze gawiedzi zabawne piosenki antypapierosowe. Właśnie podczas jednej z takich akcji van Dyun proklamował powołanie ruchu provosów.

Politycznie przeciw polityce

Przejmując i rozwijając pomysły Grootvelda provosi zaczęli organizować kolejne happeningi. Teraz nie chodziło już tylko o prowokacje artystyczne, ale o sprawy społeczno-polityczne. Młodzież przeciwstawiała wolność ekspresji skostniałym strukturom świata dorosłych. W ogniu krytyki znalazła się oficjalna kultura i elity władzy, z rodziną królewską na czele.

Nowy ład społeczny miał być zbudowany na poszanowaniu jednostki i współpracy, która powinna zastąpić wszechobecną konkurencję.

Provosi demonstrowali pod pałacem królewskim, domagając się przekształcenia go w centrum kulturalne, rozdawali na ulicach ulotki i darmowe owoce dla przechodniów, organizowali kluby dla młodzieży alternatywnej. Najbardziej spektakularną akcją, która przyniosła im światową sławę, było obrzucenie petardami orszaku ślubnego księżnej Beatrix i niemieckiego arystokraty Clausa von Amsberga, w młodości członka Hitlerjugend. Po tym wydarzeniu reakcje policji stały się coraz bardziej nerwowe, ale jej brutalność przysparzała jedynie ruchowi popularności.

Provosi wydawali m.in. magazyn „Provo”

Mimo zaangażowania w ważne kwestie polityczno-społeczno, działalność provosów miała rys antypolityczny. Sprzeciwiali się wojnie w Wietnamie, ale robili to raczej w odruchu humanistycznego sprzeciwu niż z sympatii dla komunistycznej partyzantki Vietcong. Anarchizujące korzenie nie odrywały ich od większości społeczeństwa – wykluczali przemoc jako metodę swojej walki, rezygnowali z rewolucjonizmu, popierając stopniowe, choć radykalne zmiany, mające przynieść poprawę jakości życia.

Ogłaszane przez nich tzw. Białe Plany przypominały późniejsze postulaty Zielonych i innych nowych ruchów społecznych. Domagali się zamknięcia centrum Amsterdamu dla samochodów i wprowadzenia wysokich kar dla fabryk zatruwających powietrze. Proponowali powołanie centrów zdrowia dla kobiet służących im poradami na temat antykoncepcji, ingerencję państwa w spekulacyjny rynek nieruchomości i zalegalizowanie squottingu, czyli samowolnego zajmowania pustostanów.

Liczne postulaty provosów cieszyły się dużym poparciem, a wiele z nich zostało z czasem wprowadzonych w życie. Tym bardziej zdumiewały wściekłe interwencje policji podczas ich wystąpień. Rozpędzano happeningi i spotkania, a ich uczestnicy byli bici i zamykani w aresztach. Gdy w ramach „Białego Planu Rowerowego” provosi rozdali 50 rowerów do bezpłatnego podróżowania po centrum Amsterdamu, policja natychmiast zarekwirowała je pod pretekstem … namawiania do kradzieży!

Białe rowery miały uwolnić centrum Amsterdamu od samochodów

Provosi starając się trzymać się zasad non violence, odwdzięczali się policji szyderczym śmiechem i pokazaniem absurdu jej walki ze zbuntowaną młodzieżą. Ich liderzy stwierdzali wręcz, że bez interwencji policji trudno mówić o udanym happeningu. – Im ich więcej i im bardziej faszystowskie są ich metody, tym lepiej dla nas – pisał van Duyn. – Oni, podobnie jak my, prowokują masy.

Polityczne pomarańcze

Od 1966 r. provosi zaczęli swoją działalność prowadzić również na niwie zinstytucjonalizowanej polityki. Zdobyli mandat w radzie miasta, co pozwoliło im na nagłaśnianie kolejnych Białych Planów. Ich akcje przyczyniły się do odwołania burmistrza Amsterdamu i miejskiego szefa policji. Jednak już wkrótce po tych sukcesach część liderów ruchu ogłosiła jego rozwiązanie: polityczna instytucjonalizacja oznaczała dla nich kres spontanicznego buntu.

Część provosów wróciła na studia, wielu zostało hippisami bądź aktywistami ruchu antywojennego, inni przystąpili do Partii Krasnoludków, powołanej przez van Duyna w 1970 r. i kontynuującej tradycje wmieszania absurdu w uprawianie polityki. Właśnie ta grupa proklamowała powstanie Wolnego Państwa Pomarańczowego, w którym byli provosi próbowali budować nowe społeczeństwo. Krasnoludki i ich kolor stały się natchnieniem dla Waldemara „Majora” Fydrycha, który w latach 80. pod hasłem „surrealizmu socjalistycznego” zaczął organizować we Wrocławiu ruch Pomarańczowej Alternatywy. Ale to już zupełnie inna historia.

Plakat filmu „Rebelse Stad” (Buntownicze miasto), reż. Willy Lindwer

 

Previous Słodycz do kwadratu
Next Black Friday 2018 świętujcie… w domu