2018: Outdoor do lamusa!


Szpetne reklamy wreszcie są wypierane z przestrzeni polskich miast. Rok 2018 zapowiada się pod tym względem przełomowo. Samorządy wdrażają przepisy do ustawy krajobrazowej, media kibicują zmianom, a mieszkańcy… powoli przestają się reklamami przejmować.

Ustawa krajobrazowa z 2015 roku sama sprawy nie załatwiła. Ale dała mocny impuls – i narzędzie! – samorządom. Kolejne miasta zabrały się za uchwalanie lokalnych przepisów. Branża outdoorowa znalazła się w defensywie. I nawet najlepsi jej prawnicy rzuceni do boju mogą jedynie zabiegać o odwleczenie wyroku.

Przykłady i dowody?

Najpierw Łódź. Jako pierwsza z wielkich polskich miast przyjęła własną uchwałę krajobrazową. A w niej  stopniowe wygaszanie reklam – najpierw banerów, którym dano rok, potem billboardów, wreszcie ekranów LED. Przedsiębiorcy protestowali, uchwała została zaskarżona, a Wojewódzki Sąd Administracyjny uchylił lokalne prawo w sierpniu zeszłego roku.

Wiele to jednak nie zmieniło. Miasto odwołało się od tego wyroku i przepisy wciąż obowiązują. Banery znikają, a za te, które wciąż wiszą, naliczane mogą być kary. Na razie nie są – bo urzędnicy wolą jeszcze poprzestawać na informowaniu i pouczaniu. Ale estetyczny powiew zapoczątkowany przez park kulturowy ulicy Piotrkowskiej rozchodzi się na całe miasto.

A TVN24 donosi: Banery w Łodzi już nielegalne.

Zobacz: Banery w Łodzi już nielegalne. „Miasto nie może wyglądać jak choinka”

Dalej Kraków. Pionier ochrony przestrzeni publicznej z użyciem parków kulturowych. W tym mieście prace nad uchwałą krajobrazową trwają. Srogie zapisy projektu doczekały się morza zarzutów prawników reprezentujących branżę i utknęły w przedłużających się konsultacjach społecznych. Można mieć obawy, że przed wyborami samorządowymi sprawa naprzód nie pójdzie. Ale przecież i Kraków nie od razu zbudowano.

Bo choć uchwały jak nie było, tak nie ma – z reklamami pod Wawelem jest odwrotnie: były, a ich nie ma. Owszem, jeszcze nie wszystkie, ale całkiem sporo już zdążyło zniknąć.

To na co dzień może umykać uwadze, pokazują przekrojowe dane. Wprowadzenie przepisów parku kulturowego umożliwiło znaczącą redukcję nośników na ulicach Starego Miasta. Najwyższa Izba Kontroli ujmuje rzecz precyzyjnie:

w 2013 r. liczba nośników informacji wizualnej i szyldów na Rynku Głównym oraz na czterech wybranych ulicach (Floriańska, Grodzka, Sławkowska, Szewska) zmniejszyła się z 1 413 w 2011 r. do 887 w 2013 r. (o 37 proc.). Natomiast odsetek legalnych nośników i szyldów na tych ulicach wzrósł w tych latach z ponad 20 proc. do blisko 61 proc.

Zobacz: NIK o kształtowaniu krajobrazu i przestrzeni publicznej 

Przekrojowy raport NIK chwali Kraków za konsekwencję działań i wylicza, że – „Liczba nośników reklamowych ogółem w okresie 2011–2016 spadła o ponad połowę”. Imponujące, czyż nie?

Doświadczenia krakowskie zdają się też mieć ciemną stronę. Otóż, jak widać i słychać podczas konsultacji społecznych, w niewielkim stopniu uczestniczą w nich mieszkańcy. Czy jednak można się temu przesadnie dziwić? Nie sądzę – w przestrzeni debaty sprawa chaosu reklamowego jest już wystarczająco nagłośniona. Ci, którzy głośno dziś dyskutują – czyli branża outdoorowa – są na straconej pozycji i grają jedynie na zwłokę. Bo o ile możemy się jeszcze spierać o zakres regulacji – o tyle nikt już chyba nie wierzy, że miasta mogą sobie pozwolić na powrót do estetycznej wolnoamerykanki z ostatniego ćwierćwiecza.

Dziś więc ze sprawy szydzą już tylko satyrycy.

A miasta – jak Sopot – same sięgają po reklamę, by pokazać jej bliski koniec tej jej formuły.

Fot: Adam Kałucki

I jak tu nie być optymistą?

Previous Transport bez lichwy
Next Apel do Apple: zajmijcie się uzależnieniem dzieci od iPhonów

No Comment

Leave a reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *